W przedwojennej Warszawie każdy miał kogoś, kogo uważał za „lokalnego oryginała”. Czasem był to dziwak, czasem artysta, a czasem geniusz w przebraniu szaleńca. Jedną z takich postaci był Franciszek Jankowski, znany sąsiadom jako „Wariat z Mokotowa” – człowiek, który konstruował latające maszyny na podwórku i twierdził, że kiedyś poleci nad Warszawą jak ptak. Dziś nikt o nim nie pamięta, choć jego historia zasługuje na przypomnienie.
Kim był „Wariat”?
Franciszek Jankowski urodził się w 1887 roku, mieszkał przez większość życia przy ul. Narbutta, wówczas w dzielnicy, która dopiero zyskiwała na znaczeniu. Nie był zawodowym inżynierem – pracował jako ślusarz i mechanik, ale jego prawdziwą pasją były wynalazki.
Z relacji sąsiadów i notatek policyjnych wiadomo, że Franciszek w wolnym czasie budował przedziwne maszyny. W jego ogrodzie można było zobaczyć metalowe szkielety skrzydeł, śmigła napędzane korbami i coś, co przypominało ogromną ważkę zrobioną z drewna i drutu.
Geniusz czy szaleniec?
W latach 20. XX wieku zgłosił swój pierwszy patent – „mechaniczny stabilizator lotu w urządzeniach skrzydlatych bez napędu silnikowego”. Wynalazek został odrzucony przez Urząd Patentowy jako „niewykonalny w praktyce”, ale Jankowski się nie poddawał.
W 1932 roku wystąpił publicznie na Polach Mokotowskich z demonstracją „pojazdu latającego dla jednej osoby”, który miał startować pionowo. Tłum sąsiadów zebrał się, by obejrzeć widowisko. Maszyna podskoczyła w miejscu, przewróciła się – a Jankowski z impetem uderzył w krzew. Wydarzenie przeszło do lokalnej anegdoty jako „pierwszy lot w bok”.



Dlaczego mówiono na niego „Wariat”
Mimo porażek, Jankowski nie przestawał próbować. Budował nowe prototypy, pokrywał ściany domu rysunkami silników, a w zimie rozpisywał szczegółowe plany „aerodromu miejskiego na dachu kamienicy”. Mieszkańcy mówili o nim „nasz Da Vinci”, ale częściej: „ten wariat z Narbutta”.
Był samotnikiem, żył skromnie, ale bezpiecznie – sąsiedzi go lubili, dzieci z podwórka podglądały jego wynalazki, czasem pomagały, a czasem kradły śruby „na zabawki”.
Koniec niezwykłego życia
Podczas II wojny światowej Jankowski ukrywał się w piwnicy swojego domu. Według relacji jednego z sąsiadów, jeszcze w 1944 roku próbował skonstruować „cichy silnik” dla Powstańców. Po wojnie jednak zniknął – prawdopodobnie zmarł w 1946 roku, ale jego grób nie zachował się, a większość dokumentów spłonęła w ruinach Mokotowa.


Co po nim zostało?
W archiwach odnaleziono dwa nieopublikowane patenty oraz kilka zdjęć z lat 30., przedstawiających dziwne maszyny na tle drewnianego ogrodu. Na jednym z nich widać Jankowskiego z rękami w kieszeniach, stojącego dumnie obok czegoś, co przypominało pionowy szybowiec z napędem pedałowym.
Dom, w którym mieszkał, został rozebrany w latach 70. Dziś stoi tam blok. Nie ma tablicy, nie ma pomnika – jedynie legenda, która żyła w opowieściach starszych sąsiadów.
Czy wyprzedził swoje czasy?
Z dzisiejszej perspektywy – być może. Idea pojazdów pionowego startu, lekkich dronów osobistych czy silników elektrycznych, które Jankowski opisywał w swoich notatkach, stała się realna dopiero 70 lat później. Może naprawdę miał smykałkę do wynalazków – tylko urodził się za wcześnie i nie w tym miejscu.